FANDOM


Znaleźliśmy to przypadkiem — i to nie takim dobrym. Te ścierwa, mroczne pomioty, żrą wszystko: broń, zbroję, a nawet sam błogosławiony Kamień. Z reguły jesteśmy ostrożni, ale Rozstaje Heidruna były w gorszym stanie, niż mogliśmy się spodziewać. Ale te ścierwa wiedziały. Zwabiły nas, szczerząc się w głupkowatym uśmiechu, waląc w tarcze. Legion nie wybacza takiej zniewagi, więc poprowadziłem natarcie na nich. I wtedy zaczęliśmy spadać.

Kiedy wygrzebaliśmy się z rumowiska, dwóch już nie żyło, a pozostali nie byli w najlepszym stanie. Spadliśmy z dość wysoka, może z sześćdziesięciu stóp, a nad nami była tylko skała. Przebiliśmy się to złego miejsca, to pewne — stare, dawno nieużywane tunele. Smród był nie do zniesienia. Słyszeliśmy, jak w pobliżu pomioty wydają te swoje dźwięki. Były ich tysiące. I tak byliśmy już martwi, ale ten ich podstęp mnie zdenerwował. Chciałem przed śmiercią przysłużyć się czymś więcej.

Aydis na to wpadła. Rzadko przychodzi jej do głowy coś ciekawego, ale to dlatego, że ma tam mapę połowy Głębokich Ścieżek, więc na nic innego niespecjalnie zostaje już miejsce. Zarysowała nam, gdzie prawdopodobnie jesteśmy i powiedziała, że jeśli pójdziemy w dół, powinniśmy przejść przez stare szyby kopalniane rodu Sobatów, wspiąć się na Karbie Varena, a potem dostać się na posterunek tych ścierw. Ale zamiast do szybów Sobatów, przedostaliśmy się do tuneli pomiotów — i to na dodatek jakichś dziwnych. Wyglądały, jakby przedarły się przez kamień gołymi rękoma. Walczyły z nami zaciekle, ale te już wcale się nie szczerzyły. Kiedy dotarliśmy do pieczary, zrozumieliśmy dlaczego — i dlaczego zapadły się pod nami Rozstaje Heidruna. Nic nie równa się z brudem mrocznych pomiotów, a już zwłaszcza z brudem arcydemona — nawet takiego, który od dawna już nie żyje. W pieczarze śmierdziało nieludzko, a skała poznaczona była śladami pazurów. Tu i ówdzie widać było wysuszone truchła pomiotów w takiej pozycji, jakby oddawały komuś pokłony.

Zdaliśmy sobie sprawę, że zginęły, modląc się. To było nie jakieś przypadkowe leże arcydemona — to były pozostałości jego więzienia.

Pozostałe pomioty nie ośmieliły się wejść za nami, ale my nie mogliśmy tam zostać. Coś w tym miejscu było — coś, co przeszywało czaszkę i mózg i sprawiało, że ręce zaczynały cierpnąć. Nie była to raczej wina samego miejsca — bestii od dawna nie było, ale może jego echo przetrwało tyle czasu? Tak w każdym razie podpowiadał zdrowy rozsądek, ale kiedy wnętrzności mówią ci, żeby uciekać, to lepiej uciekać.

Udało nam się przedrzeć do Karbu, ale nikt z nas później nie zasnął. Mówię wam, będę przedzierał się przez hordę mrocznych pomiotów z pieśnią na ustach. Jeśli będzie trzeba, stanę oko w oko z arcydemonem. Ale nie chcę mieć nic wspólnego z tym, co wiąże te potwory. Nawet pomioty pewne rzeczy uważają za nienaturalne.

Raport Kardola z Legionu Umarłych wysłany do Skulptorium w Orzammarze
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.